Powrót do nowości
Lore Świata

Spotkanie V: Pierwszy Stos

Damian
Spotkanie V: Pierwszy Stos

Vaelin podniósł wzrok znad pergaminu, a na jego ustach błąkał się cień uśmiechu.

Piąta wizyta… jednak zdecydowałeś się wrócić – powiedział łagodnie odkładając pióro i osuszając świeży tekst – widzę, że pamiętałeś o napitku. Postaw butelkę przy oknie, niech wiatr ją schłodzi.

W wieży panował półmrok, rozproszony jedynie przez dogasające polana w kominku i jedną, grubą świecę, której knot skwierczał cicho, jakby chciał coś wyznać.

Przybliż dłonie do ognia, wędrowcze – odezwał się Skryba. – Zrób to teraz, póki to ciepło jest jeszcze przyjazne, póki służy twojemu komfortowi. Bo opowieść, którą dziś usłyszysz, wyryto w popiele i hartowano w bólu, który nie zna litości.

Sięgnął na niższą półkę i wyciągnął księgę. Jej oprawa miała barwę smolistej czerni, a faktura skóry była szorstka, jakby słońce wypaliło z niej wszelką wilgoć. Na czole starca odznaczyła się głęboka bruzda.

Mówiliśmy ostatnio o Kręgu Żywiołów, o tych, którzy próbowali okiełznać Pieśń Aigam. Ale tam, gdzie Krąg używa rozumu, Zakon Oczyszczającego Płomienia używa… żarliwego fanatyzmu i bezwzględnego oddania.

Wiesz już, że my, ludzie, jesteśmy dziećmi popiołu i przypadku. Drasydi trwają w swojej wiecznej inkubacji, Leśni Tropiciele znają każdy szept liści, a my? My zawsze próbowaliśmy czymś zapełnić tę pustkę w naszych duszach, ten atawistyczny lęk przed światem, tą niepewność i niewiedzę… Gdzie zmierzamy? Kim jesteśmy? Co nas czeka na końcu? Zakon Oczyszczającego Płomienia to najmroczniejsza odpowiedź na te pytania.

Archiwa Zakonu są skąpe, jakby ogień, który czczą, pożarł także ich własną pamięć. Pojawia się tam termin, od którego cierpnie skóra: Czas Wielkiego Gnicia.

Zaraza, o której wspominają pergaminy, pojawiła się nagle i swą grozą objęła całe królestwo. Gnicie uderzyło w najsłabszy punkt świata. W nas. W dzieci popiołu, we wszystkie młode rasy. Legenda mówi, że Agarth – dawne serce ludzkich krain – zaczęła gnić od środka, ale nie w swej architekturze, lecz w istotach, które ją zamieszkiwały. Zaczynało się od drobnych pęcherzy, które w kilka dni pęczniały do rozmiarów dłoni, wypełniając się mętną, cuchnącą ropą. Ciała deformowały się, wykręcały, aż w końcu skóra pękała pod naporem ropiejących ran, których nie potrafiły leczyć ani elfy, ani druidzi. Ale najstraszniejszy w tym wszystkim był rozpad umysłu. Ludzie… ludzie zapominali swoich imion. Zatracili swoje człowieczeństwo, patrzyli na własne matki i nie widzieli nic poza obcym mięsem. Zmieniali się w bezmyślne, skowyczące masy, błąkające się po ulicach z rzężeniem, które przypominało modlitwę do bóstwa, o którym dawno zapomniał świat. Agarth stała się wielkim, dusznym szpitalem dla istot, które przestały być ludźmi, choć ich serca wciąż jeszcze tłoczyły zatrutą krew.

I wtedy, z odoru i rozpaczy, wyłonił się On. Bezimienny Prorok.

Niektórzy mówią, że był obłąkanym żebrakiem. Inni, że to jeden z dawnych Egzaltowanych, który znalazł sposób, by ominąć filtry Kręgu i dotknąć pierwotnego żaru. Dzierżył kostur, nie tyle płonący, co będący manifestacją ognia. Głosił prawdę brutalną w swej prostocie: choroba nie dotyczy ciała, lecz ducha, który stał się zbyt miękki, by oprzeć się chaosowi.

Dłonie skryby zacisnęły się na brzegach księgi – „Co nie jest czyste, musi zostać spopielone!” – wykrzyknął Vaelin, a blask świecy odbił się w jego źrenicach.

„Pierwszy stos zapłonął na głównym placu stolicy – dodał – Rzucono nań tych, którzy stracili imiona. Wszystko, co było skażone zgnilizną lub podejrzane o infekcję, spłonęło.”

Rasy starszej krwi obserwowały rozwój sytuacji na równi ze zniesmaczeniem, przerażeniem – ale i ciekawością. Do dziś nie wiadomo dlaczego starsza krew była odporna na zarazę. Czy byli jej źródłem? Na to pytanie nie ma odpowiedzi. W tamtych czasach nikt nie myślał się nad tym zastanawiać. Płonące stosy działały, zaraza ustępowała, a Bezimienny Prorok zyskał apostołów.

Pierwsi wyznawcy Zakonu byli złamanymi ludźmi. Dezerterami ze Srebrnego Gryfa, którzy widzieli, jak ich bóstwa milczą wobec ropiejących ran, Strażnikami Bastionu, których mury nie powstrzymały plagi zapomnienia, rolnikami, którzy woleli spalić swój dom, niż patrzeć, jak ich rodziny zmieniają się w bezimienne potwory. W niszczycielskiej potędze płomienia odnaleźli coś, czego nie dał im nikt inny: pewność.

Ogień nie kłamie. Ogień nie pyta o intencje. Ogień konsumuje wszystko, zostawiając tylko to, co godne zachowania.

Tak narodzili się Akolici. To ci, którzy zdecydowali się porzucić przeszłość. Wstąpienie do Zakonu to nie jest przysięga – to proces wypalania siebie, by chronić się przed Gniciem. Akolita musi porzucić nazwisko, rodzinę i każdą słabość, która mogłaby stać się pożywką dla zepsucia. Ale to dopiero początek. Aby stać się Inicjowanym, wojownikiem wiary, kandydat przechodzi przez rytuał, po którym jego ciało nie jest jedynie mięsem podatnym na wrzody, ale staje się duchem hartowanym w gorejącym na czerwono symbolu oczyszczenia.

Dla Inicjowanego jedyną walutą jest chwała. Nie ta rycerska, o której śpiewają bardowie przy winie. Ich chwałą jest przerażająca satysfakcja z patrzenia, jak to, co zdeformowane i zepsute, zmienia się w czysty, szary pył. Są przekonani, że tylko oni trzymają świat w ryzach, że gdyby nie ich stosy, Aigam dawno zostałoby pochłonięte przez plagę skowyczących mas.

Vaelin przymknął księgę, a podmuch zamykanego tomu dławi płomień świecy. Siny dym wije się niespokojnie nad żarzącym się knotem.

Jest wiele ścieżek, wędrowcze… – szepnął. – Ale dla nich słuszna i godna zachowania jest tylko ta jedna. Ta, która pachnie popiołem i dymem.

Meandrujący dym ucina się w momencie, gdy żar knota gaśnie. Wasze kolejne spotkanie dobiegło końca. Żegnając się z Vaelinem i wychodząc z komnaty spoglądasz niechcący w kierunku kominka i masz wrażenie, że trzaskający ogień wygląda teraz bardziej złowieszczo niż na początku waszego spotkania.

korekta tekstu:

Agata Kwiecień i Monika Jóźwiak-Bociąg