Spotkanie III : Pieśń Pierwszego Drzewa

Twoja trzecia wizyta w skryptorium nadeszła szybciej, niż się spodziewałeś. Wiedziony głodem wiedzy i czystą ciekawością, wspinałeś się po schodach, zupełnie nie zważając na zmęczenie. Kiedy pchnąłeś lekko uchylone drzwi, starzec już na Ciebie czekał. Siedząc przy biurku, ze skupieniem gładził oprawę wyjątkowo osobliwej księgi. Przyglądałeś się, jak jego palce błądzą po sękach i wyżłobieniach w korze, które zdawały się przesuwać pod dotykiem - jakby to martwe drewno wciąż tętniło życiem. Spomiędzy kart wysypało się nieco suchego mchu i pyłku. W jednej chwili zapach wosku i starego pergaminu ustąpił miejsca woni ozonu po burzy oraz wilgotnej, głębokiej ziemi.
Pora, byśmy sięgnęli po pamięć starszą niż kamień - szepnął kronikarz, a jego głos stracił swą zwykłą suchość, stając się miękki i szeleszczący, niczym wiatr błądzący w koronach drzew.
Opisanie tej frakcji przypomina próbę pochwycenia wiatru w garść lub uwięzienia w słowach barwy światła, które przemyka przez gałęzie prastarej puszczy. Elfy z Agarthu, znane jako Leśni Tropiciele, to istoty, które widziały narodziny i upadki imperiów, o jakich milczą nawet najstarsze ludzkie kroniki. To pierwsi myśliciele i zarazem pierwsi mordercy tej krainy.
Usiądź wygodnie. Pozwól, że opowiem Ci o istotach słyszących bicie serca samej ziemi, o legendzie pierwszych kronikarzy i ostatecznych sędziów tego świata.
Długo przedtem, nim krasnoludy zaczęły wykuwać swą tożsamość w dusznym mroku górskich głębi, i w czasach, gdy smoki rozdzierały pierwotne niebo ognistym oddechem, pradawne elfy - wedle ich własnych, śpiewnych podań - „spłynęły z poranną rosą” na liście Pierwszego Drzewa. Te istoty są pierwotnym szeptem Agarthu, ucieleśnieniem jego pierwszej myśli. Ich legendarna długowieczność nie bierze się z rzucanych zaklęć czy paktów z demonami, lecz nierozerwalnego splątania ich losów z rytmem natury. Elf nie starzeje się i nie choruje tak długo, jak długo puszcza, w której bytuje, zachowuje pierwotną esencję. Dorównują wiekiem Potomkom Aspektu Smoka, gdyż obie te rasy to „Starsza Krew” - zrodzona z czystych pierwiastków, a nie z prochu i przypadku, z którego powstali ludzie.
W zapomnianych wiekach, na długo przed tym, jak Zakon Gryfa wykuł swe pierwsze miecze, elfy pozostawały jedynymi strażnikami Wiedzy. Nie budowały miast z kamienia, gardząc sztuczną trwałością, która z czasem staje się więzieniem. Zamiast tego sadziły „Żywe Archiwa” - święte gaje, w których każde drzewo, każdy układ gałęzi i odcień kory nosił w sobie pamięć o stuleciu historii. To właśnie tam, w zielonym półmroku, narodziła się kasta Zbieraczy. Mędrcy i mistycy zdolni odczytać przeszłość krainy z zapachu ziemi, smaku wody czy układu słojów ściętego - zawsze z szacunkiem - pnia. Obok nich rosła w siłę kasta Zwiadowców - istot potrafiących przemierzyć cały świat, od morza aż po szczyty gór, nie łamiąc przy tym ani jednej gałązki. Byli duchami lasu, niewidzialnymi obserwatorami studiującymi anatomię świata tylko po to, by wiedzieć, gdzie uderzyć, by skutecznie zabić.
Ich początki to czas dumnej, niemal aroganckiej izolacji. Rzadko dzielili się wiedzą, uznając inne rasy za niedojrzałe i niebezpiecznie głupie. Częściej niż z litością i pogardą - patrzyli na ludzi z chłodną ciekawością - jak na jednodniowe owady, których gorączkowe ambicje i gwałtowne wojny gasły szybciej, niż zdąży zakwitnąć stuletni dąb. Dla elfów zaś czas był rzeką, w której inne rasy tonęły, podczas gdy one same trwały na brzegu, cierpliwie obserwując nurt i czekając, aż świat dorośnie do ich mądrości lub spłonie we własnym ogniu. Ich wyjątkowa perspektywa i niesamowite umiejętności stały się kluczowe dla planu Alderyka.
Starzec powoli cofnął dłoń z kart księgi. Zielonkawy pył uniósł się w powietrzu, tłumiąc na moment blask lampy oliwnej.
Widzisz, wędrowcze, oni pamiętają wszystko. Każdy błąd, każdą zdradę, każdą spaloną knieję. Ich izolacja nie była ucieczką, lecz formą kwarantanny. Im dłużej nas obserwowali im więcej o nas wiedzieli tym bardziej obawiali się, że nasza gwałtowność zarazi ich wieczny spokój. Ale nawet najstarsi mędrcy nie przewidzieli, że nadejdzie dzień, w którym będą musieli wybierać między czystością a przetrwaniem.
Skryba odkłada księgę na półkę, a szum liści daleko u stóp skryptorium przypomniał Ci, że czas ruszyć w drogę powrotną.
korekta tekstu:
Agata Kwiecień i Monika Jóźwiak-Bociąg
Czytaj dalej:
Spotkanie V: Pierwszy Stos
W wieży panował półmrok. Knot świecy skwierczał cicho, jakby chciał coś wyznać, gdy Skryba sięgnął po księgę w oprawie barwy smolistej czerni - szorstką, wypaloną z wszelkiej wilgoci. - Przybliż dłonie do ognia, póki to ciepło jest jeszcze przyjazne. Bo opowieść, którą dziś usłyszysz, wyryto w popiele i hartowano w bólu.
Spotkanie IV: Pieśń Aigam i Dzieci Popiołu
Zanim powstały królestwa i prawa spisane na pergaminie, świat był melodią. Pierwotny rytm, nie składał się ze słów - był czystym impulsem, rezonansem tak głębokim, że ogień płonął nie z formuł, lecz z empatii do żywiołu. Tę melodię słyszeli Drasydzi i Leśni Tropiciele, starsze dzieci tej krainy, dla których magia była oddechem. A my, ludzie? Byliśmy dziećmi popiołu i przypadku, głuchymi na symfonię świata. Minęły milenia, zanim nasze umysły przestały uciekać przed magią i zaczęły jej słuchać.