Spotkanie II: Dzieci Pierwotnego Kruszcu

Każdy stopień wydaje się wyższy niż poprzednio, gdy w końcu docierasz na samą górę. Vaelin siedzi tam, gdzie zawsze - pochylony nad ogarkiem świecy, próbuje rozgrzać zdrętwiałe palce, jakby chciał wycisnąć z płomienia ostatnią iskrę ciepła. Skinął tylko głową, byś podszedł bliżej, po czym sięgnął po księgę oprawioną w czarny łupek. Kiedy pochwycił tomiszcze, nawet Ty poczułeś ten nienaturalny chłód i zapach krasnoludzkich sztolni, o których zaraz zacznie się opowieść.
Jeśli Zakon Gryfa był sercem Agarthu, to krasnoludy z Górskiego Bastionu stanowiły jego kości. Solidny fundament, bez którego wszystko inne by się zawaliło.
Słyszałeś pewnie te bajki szeptane przy dogasających paleniskach? Krasnoludy upierają się, że nie przybyły tu znikąd. One po prostu „wykluły się” z góry, wyrzeźbione przez czas z żył czystego złota i granitu.
Praojciec Korgun - który zgodnie z legendą miał łapska tak twarde, że kruszył skałę gołymi pięściami - wydarł górze jej pierwsze sekrety, to właśnie tam wyżłobił dom dla siebie, a potem i dla swego ludu.
Strażnicy Górskiego Bastionu nie zaczynali jako armia. To była zwykła wspólnota górników, która obsesyjnie pilnowała „Wielkiej Równowagi Głębin”. Wierzyli, że góra to żywa istota. Pozwala się ograbiać ze swych skarbów, ale pod jednym warunkiem: krasnoludy mają strzec jej tajemnic przed każdym, kto przyjdzie z zewnątrz. Pierwsze bramy Bastionu wzniesiono więc nie po to, by odciąć od całego chaosu na powierzchni.
U nich wszystko opiera się na cierpliwości. Krasnolud nie buduje na rok czy dwa, on buduje na eony. To wtedy zrodził się ten ich specyficzny upór - kulturowy przymus, by gromadzić zasoby tam, gdzie inni je marnotrawili.
Podczas gdy ludzie tłukli się o najmarniejsze nawet skrawki ziemi, krasnoludy znosiły do skarbców wszystko, co miało jakąkolwiek wartość. Szybko pojęły, że złoto to nie tylko kruszec.
To skondensowany czas i ciężka harówka, którą w odpowiedniej chwili da się przekuć w realną potęgę. Wraz ze wzrostem Górskiego Bastionu powstali pierwsi Strażnicy Klanu. Wojownicy, którzy mieli tylko jedno zadanie: pilnować lśniących sal przed „lekkimi ludami”. Ta ich miłość do roboty i gromadzenia stała się fundamentem wszystkiego, co działo się później, za czasów Alderyka II Mądrego.
Vaelin kładzie dłoń na ciężkiej okładce. Złote okucia zdają się teraz ważyć tonę. Starzec podnosi wzrok i widzisz w jego oczach ten dziwny, głęboki szacunek do starego świata.
Ludzie stawiają imperia na piasku i krwi, myśląc, że są wieczni - mruknął. - Ale krasnoludy? One nie zapomniały o dłoniach Korguna. Wiedzą, że siła to nie machanie mieczem na oślep, ale fundament wpuszczony głęboko w twardą skałę. Ich dziedzictwo to nie są głośne pieśni o bitwach, to raczej milczący pomnik cierpliwości.
Docisnął okładkę, a złote klamry trzasnęły z satysfakcją.
Na dziś wystarczy. Pozwólmy mrokom i legendom trochę odpocząć - westchnął, osuwając się na oparcie swojego fotela.
Droga w dół jest długa, a nocne powietrze Agarthu potrafi być bezlitosne, zwłaszcza gdy głowa pęka od nadmiaru myśli. Zejdź do miasta. Znajdź jakąś ciepłą karczmę, posłuchaj brzęku monet na stołach. Dopiero wtedy zrozumiesz, że ten cały dzisiejszy zgiełk nie istniałby bez potu i dłuta tych dawnych górników.
Vaelin uśmiecha się kącikiem ust. Wygląda teraz na dziwnie spokojnego.
- Kiedy poczujesz, że znów chcesz uciec od monotonii kolejnego dnia… wiesz, gdzie mnie znaleźć. Pamięć Agarthu nigdy nie zasypia. Moje drzwi są dla ciebie zawsze otwarte.
korekta tekstu:
Agata Kwiecień i Monika Jóźwiak-Bociąg
Czytaj dalej:
Spotkanie V: Pierwszy Stos
W wieży panował półmrok. Knot świecy skwierczał cicho, jakby chciał coś wyznać, gdy Skryba sięgnął po księgę w oprawie barwy smolistej czerni - szorstką, wypaloną z wszelkiej wilgoci. - Przybliż dłonie do ognia, póki to ciepło jest jeszcze przyjazne. Bo opowieść, którą dziś usłyszysz, wyryto w popiele i hartowano w bólu.
Spotkanie IV: Pieśń Aigam i Dzieci Popiołu
Zanim powstały królestwa i prawa spisane na pergaminie, świat był melodią. Pierwotny rytm, nie składał się ze słów - był czystym impulsem, rezonansem tak głębokim, że ogień płonął nie z formuł, lecz z empatii do żywiołu. Tę melodię słyszeli Drasydzi i Leśni Tropiciele, starsze dzieci tej krainy, dla których magia była oddechem. A my, ludzie? Byliśmy dziećmi popiołu i przypadku, głuchymi na symfonię świata. Minęły milenia, zanim nasze umysły przestały uciekać przed magią i zaczęły jej słuchać.